— Dzisiaj wiśniowy — powiedziałam, kiedy w końcu odzyskałam głos. — Zawsze wiśniowy, pani Wando.
Uśmiechnęła się. Krzywo, bo jedną stronę twarzy miała jakby cięższą po tym upadku, ale uśmiechnęła się.
Zostałam u niej godzinę. Nie mówiłyśmy dużo. Obrałam pomarańczę i podawałam jej cząstka po cząstce, jak dziecku. Momentami była — pytała, czy bar jeszcze stoi, czy pyzy dalej robi ta gruba kucharka. Momentami odpływała, patrzyła w sufit i mówiła do kogoś, kogo tam nie było. Raz powiedziała "Krysiu", cicho, jakby wołała.
Pielęgniarka później mi powiedziała, że Krysia to córka. Ta z zagranicy.
—
Zadzwoniłam do administracji bloku. Wyprosiłam numer do córki, choć nie chcieli dać, aż powiedziałam, że matka leży sama i ktoś przecież musi.
Krysia odebrała po niemiecku. Mieszkała pod Stuttgartem, dwadzieścia dwa lata.
Kiedy powiedziałam, kim jestem i po co dzwonię, na drugim końcu zapadła długa cisza. Taka cisza, w której słychać wszystko, co przez lata nie zostało powiedziane.
— Ja... my się pokłóciłyśmy — powiedziała w końcu Krysia, i głos jej się załamał. — Dawno. Głupio. O nic. A potem już nie umiałam zadzwonić. Im dłużej milczałam, tym trudniej było przerwać. Myślałam, że mamy jeszcze czas.
— Ona ma czas — powiedziałam. — Leży w Barlickiego. Ma pani czas do niej przyjechać.
—
Krysia przyjechała po pięciu dniach.
Byłam przy tym, bo Wanda poprosiła, żebym była. Chwyciła mnie za rękę tą swoją drżącą dłonią i nie chciała puścić, kiedy usłyszała na korytarzu kroki i głos, którego nie słyszała dwadzieścia dwa lata.
Nie będę opisywać, co się działo, kiedy Krysia weszła do sali siódmej. To nie było moje. Wyszłam na korytarz i zamknęłam za sobą drzwi.
Stałam pod oknem, patrzyłam na szpitalny parking, na kwiecień, który przechodził już w maj, i płakałam tak, jak nie płakałam od pogrzebu Zenona.
Wanda wyszła ze szpitala w czerwcu.
Nie wróciła do bloku numer siedem. Krysia załatwiła jej miejsce w dobrym domu opieki na Widzewie, z ogrodem, i wynajęła mieszkanie niedaleko, żeby przyjeżdżać co miesiąc. Rzuciła pod Stuttgartem połowę pracy. Powiedziała, że dwadzieścia dwa lata to dość i że nie chce dorzucać do tego rachunku ani jednego dnia więcej.
A ja — ja dostałam coś, czego się nie spodziewałam.
We wtorki, kiedy zamykam bar o wpół do drugiej, jeżdżę na Widzew. Zabieram termos z krupnikiem, bo w domu opieki dają zupę bez smaku, a Wanda lubi mój. I słoik wiśniowego kompotu.
Siadamy w ogrodzie, jak jest ciepło, albo w świetlicy, jak pada. Wanda momentami jest, momentami jej nie ma. Ale kompot poznaje zawsze.
— Wiśniowy? — pyta.
— Zawsze wiśniowy — mówię.
—
Bożenka dalej twierdzi, że mam za dużo w głowie tych ludzi. Ale przestała już mówić, że świat tak nie działa.
Bo w zeszłym tygodniu wydarzyła się rzecz, przez którą zamilkła na dobre.
Moja Agnieszka przyjechała z Poznania. Nie na niedzielny telefon — przyjechała, wsiadła w pociąg i przyjechała, bez okazji, w środku tygodnia. Weszła do baru wprost z dworca, z torbą podróżną, i stanęła przy mojej ladzie jak kiedyś pani od wtorków.
— Mamo — powiedziała. — Dzwoniłaś tamtego wieczoru. Tylko żeby usłyszeć mój głos. I ja nie mogłam przestać o tym myśleć.
Usiadła przy stoliku pod oknem. Postawiłam przed nią talerz. Krupnik, pyzy, kompot.
— Wiśniowy dzisiaj — powiedziałam.
— To dobrze — odpowiedziała moja córka i chwyciła mnie za rękę przez tę ladę, przez którą przez dwadzieścia dziewięć lat podałam tysiące talerzy obcym ludziom.
A ja stałam i trzymałam jej dłoń, i nie puszczałam, dopóki krupnik nie zaczął stygnąć.
