Wszystkie historie

Przez rok siadała naprzeciwko mnie w tym samym pociągu o 6:52. Aż w sierpniu ja pierwsza się odezwałam - część 3

Danuta wysiada na obcej stacji i idzie na pogrzeb kobiety, której nigdy nie podziękowała — a potem obie postanawiają, że rytm porannego pociągu nie musi się już kończyć.

Ilustracja wygenerowana przez AI.Ilustracja wygenerowana przez sztuczną inteligencję
Ilustracja wygenerowana przez AI. Nie przedstawia rzeczywistych osób, miejsc ani zdarzeń. Jak powstają nasze materiały.
Czytasz część 3 z 3Zacznij od pierwszej częściPrzez rok siadała naprzeciwko mnie w tym samym pociągu o 6:52. Aż w sierpniu ja pierwsza się odezwałam - część 1

Wysiadłam z nią na Łodzi Kaliskiej.

Nie zaplanowałam tego. Nie pomyślałam żadnego mądrego zdania o tym, co robię. Po prostu wzięłam swoją małą torbę, wstałam z fotela i poszłam za Iwoną na peron, tak jak idzie się za kimś, kogo się właśnie odnalazło po latach, choć widziało się go pierwszy raz.

Na dworcu było parno i głośno. Iwona zatrzymała się przy słupie i spojrzała na mnie.

— Pani naprawdę nie musi.

— Wiem, że nie muszę — powiedziałam. — Ale trzy lata temu twoja mama zawołała siostrę do mojego Ryszarda, a ja nawet nie zdążyłam jej powiedzieć „dziękuję". Więc dziś jej to powiem. Na tym pogrzebie.

Iwona stała chwilę bez ruchu. A potem zrobiła coś, czego się nie spodziewałam — puściła rączkę walizki, którą przez cały pociąg trzymała jak tarczę, i podała mi rękę.

Nie do uścisku. Do trzymania.

Pogrzeb na Dołach był mały.

Ksiądz, dwie panie z zakładu opiekuńczego, sąsiadka pani Haliny z dawnego bloku, i my dwie. Sześć osób na całe życie, które trwało osiemdziesiąt cztery lata.

Stałam przy grobie i kiedy przyszła moja kolej, żeby rzucić garść ziemi, powiedziałam cicho, tak żeby usłyszała tylko trumna:

— Dziękuję, że pani go pilnowała. Wtedy, kiedy mnie przy nim nie było.

Iwona usłyszała. Ścisnęła moją rękę mocniej.

Potem panie z zakładu podeszły do niej, żeby złożyć kondolencje, i jedna z nich, siwa, w granatowym swetrze mimo upału, spojrzała na mnie i zmrużyła oczy.

— Ja panią pamiętam — powiedziała. — Pani mąż leżał w czwórce. Przy drzwiach. Przynosiła pani zawsze te pomarańcze, choć on już nie jadł. A pani Halina prosiła, żeby jej pani zostawiła skórkę, bo lubiła zapach.

Nie pamiętałam tego. A jednak — musiałam tak robić. Zostawiałam obcej staruszce skórki od pomarańczy, bo lubiła zapach, i nawet o tym zapomniałam.

Dobro idzie w świat drogami, których się nie zapamiętuje.

Po pogrzebie poszłyśmy na obiad do baru mlecznego przy Piotrkowskiej.

Iwona zamówiła pierogi ruskie, ja rosół. Siedziałyśmy przy oknie, walizka stała oparta o nogę stołu.

— I co teraz? — zapytałam. — Nie wracasz do Kutna. To dokąd?

— Nie wiem — przyznała. — Znajoma z pracy ma pokój do wynajęcia w Łodzi. Zacznę od tego. Nie mam już po co jeździć tym pociągiem.

Odstawiła łyżkę.

— Wie pani, co jest najdziwniejsze? Będzie mi go brakowało. Tego pociągu o szóstej pięćdziesiąt dwie. Wiem, że jeździłam nim do umierania. Ale to była jedyna godzina dnia, kiedy nic nie musiałam. Tylko siedziałam i patrzyłam w okno.

Roześmiałam się. Pierwszy raz od rana.

— Iwono. Ja jeżdżę tym pociągiem od czterech lat i nie mam nawet dokąd. Dojeżdżam do Łodzi, piję kawę na dworcu i wracam. Aneta, moja córka, myśli, że zwariowałam.

Iwona spojrzała na mnie.

— Naprawdę?

— Naprawdę. Dom po Ryszardzie jest za cichy. Więc uciekam do pociągu, bo tam ktoś zawsze kaszle, ktoś rozlewa kawę, świat się rusza.

Wracałyśmy razem popołudniowym składem.

Usiadłyśmy przy oknie, tym samym co rano, tyłem do kierunku jazdy. Iwona wyjęła z torby książkę z zakładką z pocztówki — tę po matce.

— Przeczytać pani? — zapytała. — Na głos. Tak jak jej czytałam.

— Przeczytaj.

I Iwona zaczęła czytać, cicho, dla mnie jednej, w pociągu jadącym z powrotem do Kutna. Głos jej się już nie łamał. Za oknem sunęły te same ścierniska co rano, tylko teraz w złotym świetle.

Umówiłyśmy się, że w przyszłą środę Iwona przyjedzie do Kutna. Że pojedziemy razem tym pociągiem o szóstej pięćdziesiąt dwie — nie do niczego, nie po nic, tylko po to, żeby jechać. Ona z pokojem w Łodzi, ja z za cichym domem. Dwie kobiety, które przez rok mijały się w milczeniu, a teraz miały o czym rozmawiać na całą trasę.

W domu tego wieczoru zdjęłam z lodówki magnes, którym od czterech lat trzymałam rozkład jazdy — ten pojedynczy, wyświechtany rozkład jednego pociągu, który był mi zamiast towarzystwa.

Wyrzuciłam go do kosza.

A na jego miejsce, pod magnes w kształcie truskawki, który kiedyś przywiózł Ryszard z jakiejś delegacji, wsunęłam kartkę, na której Iwona zapisała mi rano swój numer telefonu, kiedy jeszcze nie wiedziałyśmy, że będziemy jechać razem.

Postawiłam czajnik. Za oknem sąsiad wychodził z psem, gdzieś dalej dzwonił tramwaj.

A ja pierwszy raz od czterech lat nie musiałam nasłuchiwać cudzego świata przez ścianę.

Bo w przyszłą środę o szóstej pięćdziesiąt dwie na peronie w Kutnie ktoś będzie na mnie czekał.

Cała saga · 3 częściZobacz spis wszystkich części
Wróć do wszystkich historii