Wysiadłam z nią na Łodzi Kaliskiej.
Nie zaplanowałam tego. Nie pomyślałam żadnego mądrego zdania o tym, co robię. Po prostu wzięłam swoją małą torbę, wstałam z fotela i poszłam za Iwoną na peron, tak jak idzie się za kimś, kogo się właśnie odnalazło po latach, choć widziało się go pierwszy raz.
Na dworcu było parno i głośno. Iwona zatrzymała się przy słupie i spojrzała na mnie.
— Pani naprawdę nie musi.
— Wiem, że nie muszę — powiedziałam. — Ale trzy lata temu twoja mama zawołała siostrę do mojego Ryszarda, a ja nawet nie zdążyłam jej powiedzieć „dziękuję". Więc dziś jej to powiem. Na tym pogrzebie.
Iwona stała chwilę bez ruchu. A potem zrobiła coś, czego się nie spodziewałam — puściła rączkę walizki, którą przez cały pociąg trzymała jak tarczę, i podała mi rękę.
Nie do uścisku. Do trzymania.
—
Pogrzeb na Dołach był mały.
Ksiądz, dwie panie z zakładu opiekuńczego, sąsiadka pani Haliny z dawnego bloku, i my dwie. Sześć osób na całe życie, które trwało osiemdziesiąt cztery lata.
Stałam przy grobie i kiedy przyszła moja kolej, żeby rzucić garść ziemi, powiedziałam cicho, tak żeby usłyszała tylko trumna:
— Dziękuję, że pani go pilnowała. Wtedy, kiedy mnie przy nim nie było.
Iwona usłyszała. Ścisnęła moją rękę mocniej.
Potem panie z zakładu podeszły do niej, żeby złożyć kondolencje, i jedna z nich, siwa, w granatowym swetrze mimo upału, spojrzała na mnie i zmrużyła oczy.
— Ja panią pamiętam — powiedziała. — Pani mąż leżał w czwórce. Przy drzwiach. Przynosiła pani zawsze te pomarańcze, choć on już nie jadł. A pani Halina prosiła, żeby jej pani zostawiła skórkę, bo lubiła zapach.
Nie pamiętałam tego. A jednak — musiałam tak robić. Zostawiałam obcej staruszce skórki od pomarańczy, bo lubiła zapach, i nawet o tym zapomniałam.
Dobro idzie w świat drogami, których się nie zapamiętuje.
—
Po pogrzebie poszłyśmy na obiad do baru mlecznego przy Piotrkowskiej.
Iwona zamówiła pierogi ruskie, ja rosół. Siedziałyśmy przy oknie, walizka stała oparta o nogę stołu.
— I co teraz? — zapytałam. — Nie wracasz do Kutna. To dokąd?
— Nie wiem — przyznała. — Znajoma z pracy ma pokój do wynajęcia w Łodzi. Zacznę od tego. Nie mam już po co jeździć tym pociągiem.
Odstawiła łyżkę.
— Wie pani, co jest najdziwniejsze? Będzie mi go brakowało. Tego pociągu o szóstej pięćdziesiąt dwie. Wiem, że jeździłam nim do umierania. Ale to była jedyna godzina dnia, kiedy nic nie musiałam. Tylko siedziałam i patrzyłam w okno.
Roześmiałam się. Pierwszy raz od rana.
— Iwono. Ja jeżdżę tym pociągiem od czterech lat i nie mam nawet dokąd. Dojeżdżam do Łodzi, piję kawę na dworcu i wracam. Aneta, moja córka, myśli, że zwariowałam.
Iwona spojrzała na mnie.
— Naprawdę?
— Naprawdę. Dom po Ryszardzie jest za cichy. Więc uciekam do pociągu, bo tam ktoś zawsze kaszle, ktoś rozlewa kawę, świat się rusza.
—
Wracałyśmy razem popołudniowym składem.
Usiadłyśmy przy oknie, tym samym co rano, tyłem do kierunku jazdy. Iwona wyjęła z torby książkę z zakładką z pocztówki — tę po matce.
— Przeczytać pani? — zapytała. — Na głos. Tak jak jej czytałam.
— Przeczytaj.
I Iwona zaczęła czytać, cicho, dla mnie jednej, w pociągu jadącym z powrotem do Kutna. Głos jej się już nie łamał. Za oknem sunęły te same ścierniska co rano, tylko teraz w złotym świetle.
Umówiłyśmy się, że w przyszłą środę Iwona przyjedzie do Kutna. Że pojedziemy razem tym pociągiem o szóstej pięćdziesiąt dwie — nie do niczego, nie po nic, tylko po to, żeby jechać. Ona z pokojem w Łodzi, ja z za cichym domem. Dwie kobiety, które przez rok mijały się w milczeniu, a teraz miały o czym rozmawiać na całą trasę.
—
W domu tego wieczoru zdjęłam z lodówki magnes, którym od czterech lat trzymałam rozkład jazdy — ten pojedynczy, wyświechtany rozkład jednego pociągu, który był mi zamiast towarzystwa.
Wyrzuciłam go do kosza.
A na jego miejsce, pod magnes w kształcie truskawki, który kiedyś przywiózł Ryszard z jakiejś delegacji, wsunęłam kartkę, na której Iwona zapisała mi rano swój numer telefonu, kiedy jeszcze nie wiedziałyśmy, że będziemy jechać razem.
Postawiłam czajnik. Za oknem sąsiad wychodził z psem, gdzieś dalej dzwonił tramwaj.
A ja pierwszy raz od czterech lat nie musiałam nasłuchiwać cudzego świata przez ścianę.
Bo w przyszłą środę o szóstej pięćdziesiąt dwie na peronie w Kutnie ktoś będzie na mnie czekał.
